Tron ze statku kosmicznego.

Mieliśmy ambitny plan, zresztą jak zawsze. Wstajemy z samego rana i jedziemy odwiedzić cesarskie włości. Codzienny jet lag niestety nie pozwolił nam na zorganizowanie sobie czasu. Budzik nastawiliśmy na 7:30… Obudziłem się jako pierwszy, wyłączyłem dzwonek, kładąc się jeszcze na przysłowiowe 5 minut. O 9:30 niecierpliwy Mateusz nie wytrzymał, zerwał nas na nogi i po szybkim prysznicu oraz śniadaniu wyszliśmy z naszego guesthouse’u położonego w pobliżu rzeki Arakawa.

W przybliżeniu 2,5 metra od drzwi wejściowych ściana deszczu zawróciła naszą wesołą bandę. Jak wiadomo, po szybkim spojrzeniu w niebo, wiadomo było, że „przejdzie bokiem”, dlatego już blisko godzinę później mimo mżawki, po krótkim spacerze, dotarliśmy do linii metra. Jako, że dzisiejsza pogoda nie służy chodzeniu na pieszo zdecydowaliśmy odwiedzeniu centrum Sunshine City w dzielnicy Ikebukuro. To komercyjna dzielnica, miks wysokich biurowców, wielopiętrowych sklepów z ciuchami lub elektroniką. Mimo ciągłych opadów, ludzi było od zarąbania. Wychodząc z metra zjedliśmy małe pudełeczko z sushi zakupione w pobliskim sklepie. Generalnie w każdym mniejszym markecie dostać można zestawy z ryżowymi przekąskami, z wodorostami, rybami, które są świeże.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do wieżowca, w którym znajduje się centrum handlowym Sunshine City. W momencie budowy Sunshine 60 był to najwyższy budynek w Tokio. Na drugim piętrze znajduje się Namja Town, park rozrywki sygnowany marką Namco. Miejsce w głównej mierze kierowane jest do młodych odbiorców. Jest tu zamek strachu i parę innych atrakcji dla dziecaków. Nas interesowało jedno miejsce. Ice Cream Palace to lodziarnia, która serwuje najdziwniejsze smaki jakie można sobie wyobrazić.

W myśl polskiej zasady „Co? Ja nie zjem?” zamówiliśmy sobie wybuchowy zestaw 18 gałek począwszy od lodów o smaku kraba, małż, poprzez smak soli morskiej, ziemniaka, rekina, węgorza, kończąc na krowim ozorze. O ile smak krewetek i węgorzy jest do przełknięcia, absolutnym „Vomit Awards” zostaje smak pomidorowy. Co ciekawe w gałkach lodów można było wyczuć dosyć duże kawałki, nie do końca zmielonych części ciała różnych żyjątek.

Tego typu mieszanka smaków i zapachów powoduje tylko jedno: chęć ewakuacji do toalety. W czasie szybszym niż rekord świata na 100 metrów Usaina Bolta znalazłem się w japońskim kiblu. Powitała mnie miła, relaksująca muzyka. Usiadłem na sedesie i tu moje pierwsze zaskoczenie. Albo przede mną siedział przez blisko godzinę zawodnik sumo, albo siedzisko jest podgrzewane. Rzeczywiście, lampka siedziska była zapalona, z informacją o odpowiedniej temperaturze. Po wykonaniu czynności stanowiskowych, trochę z ciekawości, trochę z braku rozwagi nacisnąłem przycisk z ikoną przypominającą tyłek oblany wodą. Zgadnijcie… Szybko wstałem, w ciszy wróciłem do towarzyszy naszej najdziwniejszej podróży. Warto wspomnieć tylko, że standardowy japoński kibel w centrum handlowym posiada również player z listą „kupnych” utworów.

Anyway, po tej atrakcji zapragnęliśmy czegoś spokojnego. Na dziesiątym piętrze wieżowca znajduje się tokijskie oceanarium gdzie można zobaczyć najdziwniejsze gatunki ryb, gadów oraz ssaków. To niesamowita kolekcja egzotycznych gatunków w świetnie przygotowanej scenerii. Zwiedzanie trwa około godziny i jest niesamowitym przeżyciem, bo akwaria z różnymi gatunkami są ogromne, a dzięki zastosowaniu specjalnych konstrukcji ludzie i zwierzęta dzieli kilka milimetrów tworzywa i szkła. Przez kilka minut stałem jak zahipnotyzowany przyglądając się powolnym i majestatycznym ruchom meduz.

Kupując bilet do oceanarium masz też możliwość, za małą dopłatą, otrzymać wstęp na sześćdziesiąte piętro Sunshine 60, gdzie znajduje się miejsce widokowe dla turystów. Jedno jest pewne, warto wbić tam chociaż na moment i zobaczyć jak ogromne jest Tokio z tej wysokości, mimo że akurat nam trafił się deszcz oraz mgła.

Zgłodnieliśmy, co nie jest żadnym problemem, bo co chwila natrafić można na knajpę, restaurację, bar, lub stragan ze street foodem. Deszcz nie dawał za wygraną, więc postanowiliśmy schronić się w pierwszej, lepszej, napotkanej knajpie. Okazało się że trafiliśmy na bar, który serwuje dania tylko i wyłącznie oparte na rybach. Surowe tuńczyki, wędzone łososie, ikry ryb, do tego wodorosty i inne cuda. Wszystko świeże, pachnące, pyszne. Standardowo taki obiad nie kosztuje więcej niż 30 PLN w przeliczeniu na polskie złote.

Jesteśmy w porze deszczowej, dlatego co jakiś czas może złapać każdego przelotny deszcz. Zazwyczaj trwa około kilkunastu minut, nie jest więc to coś co psuje Ci całodniowe plany. Niektóre atrakcje są jednak zarezerwowane tylko na słoneczny dzień (np park rozrywki z mega wielkimi i krętymi rollercoasterami). Jednak dla standardowego mieszkańca Tokio deszcz nie robi wrażenia. Każdy ma gdzieś przy sobie zapasowy parasol i nawet jeżdżąc na rowerze korzysta z niego. To temat na oddzielną notkę, ale życzliwość mieszkańców Japonii nie zna granic. Podczas gdy zatrzymaliśmy się pod jednym daszkiem, w drodze powrotnej do naszej sypialni, wyszedł do nas uśmiechnięty gość z trzema parasolkami i wręczył je nam byśmy mogli bez problemu wrócić do domu. 5 minut wcześniej starsza pani widząc, że mokniemy idąc w tym samym kierunku co ona, zaoferowała nam swój. Ot taki miły gest, dzięki któremu jeszcze bardziej nam się tu podoba.

Submit a comment