Asadachi!

Z lekkim opóźnieniem ale jest ;) Wczorajszy dzień zaczęliśmy od wyprawy do Chu-ku. Naszym pierwszym celem było muzeum reklamy japońskiej ADMT. Niestety trafienie do tego miejsca zajęło nam sporo czasu, a zważając na to, że mamy zakwasy od chodzenia, każdy metr, który trzeba było pokonać dodatkowo, był frustrujący. Po wejściu do muzeum przywitał nas “polski motyw” pod postacią koszulki polskiego brandu Misbehave. Jednak, jak się okazało właściciel nawet nie wiedział co nosi na sobie (a to menda). W pomieszczeniach muzeum była spora ilość tv, na których były wyświetlane współczesne reklamy telewizyjne, również takie ze słynnymi celebrytami, jak chociażby Tommy Lee Jones. Jeśli znacie chociaż trochę kulturę japońską, możecie się łatwo domyślić, że były bardzo zabawne. W następnej części spotkaliśmy szyldy z okresu Edo, wśród nich była włochata kulka, którą widzieliśmy już na mieście i jak się okazało oznacza ona to, że w danym miejscu jest dostępne japońskie Sake. W dalszych częściach muzeum podziwialiśmy stare grafiki oraz plakaty, które ukazywały ewolucję i sposób reklamowania produktów japońskich na przestrzeni różnych lat. Nam najbardziej podobała się ściana, na której wypisane były lata 70’, 80’, 90’ i 2000, pod każdym stuleciem pokazane były przedmioty, które w tych latach pojawiły się w Japonii np. Game boy, pegasus, telefony, (Akira, One piece), maszyny do pisania czy Conversy.

Kolejne miejsce w tej dzielnicy do zwiedzenia, to sklepik z rzemieślniczymi piwkami – to była misja bardzo ciężka i skomplikowana. Chłopaki nie chcieli odpuścić tego miejsca, było to ich “must see”, a może bardziej “must drink” i tak chodziliśmy około 2 godzin w poszukiwaniu miejsca, do którego nie mieliśmy ani adresu, ani nazwy, a do tego żaden japończyk, (którego pytaliśmy) o tym miejscu nic nie słyszał. Po długim czasie udało się trafić. Nie uwierzycie jacy byliśmy szczęśliwi i spragnieni… Nie zastanawiając się długo zamówiliśmy lokalne trunki, “Shin Kogen” w wersji Ipa, Pilsner, Porter, “Black Tokyoi yonayona”. Podelektowaliśmy się ich smakami, gdyż były to takie ichniejsze odpowiedniki naszych browarów w stylu “Ale browar” czy “Pinta”. Smak przepyszny, warto było wyszukać to miejsce. Mięśnie się rozluźniły, zakwasy lekko puściły i była moc by iść dalej. Żołądek po rarytasach pitnych domagał się jedzonka, więc wpadliśmy do pobliskiego baru na mięso, które było podane na rozgrzanej żeliwnej patelni.

Brzuchy pełne, nogi wypoczęte, no to myk. Akurat dochodziła godzina na spotkanie z naszym kolegą z Polski – Jayem. Spotkaliśmy się pod Mcdonalds w dzielnicy Shinjuku, skąd po krótkim przywitaniu ruszyliśmy do specyficznej alejki, pełnej małych knajpek, w których osoba z klaustrofobią może czuć się osaczona. Unoszący się wszędzie żar i grillujące dania nadają charakter temu miejscu. My jednak dziś postanowiliśmy skorzystać i wstąpiliśmy na małe piwko. Najtaniej nie było, ale klimatu nie można odmówić. Po rozmowie z barmanem dowiedzieliśmy się, że na tej ulicy dwie knajpki dalej znajduje się “Asadachi”, które słynie z dziwnych dań-afrodyzjaków jak np. Salamandry, bycze jądra, żaby, wódka na bazie jadu węża – na pewno tam wrócimy, ale z japońskim przewodnikiem. Po konsumpcji piwa powędrowaliśmy do dzielnicy “Shibuya”, Jay oprowadził nas po uliczkach z Love Hotelami, gdzie pary udają się w celu spędzenia czasu razem. If you know, what i mean. W pobliskim sklepie “Seven eleven” nabyliśmy drinki i postanowiliśmy trochę posiedzieć ot tak po prostu i podziwiać klimat ulicy. Jednak i tu spotkała nas niespodzianka i po raz kolejny poczuliśmy gościnność japończyków. Siedzimy, gadamy, aż tu nagle z pobliskiej restauracji wychodzi Pan, który wyciągał z wędzarni łososie. Starszy Pan, niezbyt znający angielski poczęstował nas swoim wyrobem. Przemiła sytuacja, ale tak tu chyba jest bo praktycznie codziennie spotyka nas tu coś podobnego.

Submit a comment