Co my właśnie zjedliśmy?!

Nasz niezastąpiony przewodnik i romantyk w jednej osobie, Mateusz, zaprowadził nas dziś do Imperial Palace w dzielnicy Chiyoda, głównej rezydencji cesarza Japonii. Cały kompleks jest wielkości Central Park w Nowym Jorku, wynosi ponad 340 hektarów i jest niesamowitym kontrastem do otaczającej go tkanki miejskiej, pełnej drapaczy chmur.

Poruszaliśmy się wzdłuż murów obronnych starając się dostać do środka. Dzisiaj mieliśmy jednak małego pecha bo w okolicach godziny 12 był już zamknięty dla ciekawskich turystów. Wrócimy tu jeszcze niebawem. Zaciekawiły mnie tablice z informacją dla odwiedzających rozmieszczone wzdłuż drogi co kilkaset metrów. Odwiedzając tereny pałacu cesarza powinniśmy zachowywać się w sposób szczególny. Podczas spaceru nie powinniśmy sprawdzać telefonu, ani słuchać muzyki, a w każdym momencie powinniśmy być przygotowani na chodzenie gęsiego, jeden za drugim.

Ostatnie dni pokonujemy sporo kilometrów chodząc i jeżdżąc metrem. Dzisiaj moje nogi dały o sobie znać, dlatego po wizycie u cesarza wróciliśmy na naszą dzielnicę by zjeść coś, zebrać siły i wbić do metra w kierunku Shinjuku. Tokyo Metropolitan Government Building to był nasz kolejny cel. To tu na wysokości 45 piętra znajduje się punk widokowy skąd można obejrzeć panoramę miasta. Taki widok to gwarantowany opad kopary. Parę pamiątkowych fot, krótka przechadzka między drapaczami chmur i już po kilkunastu minutach znaleźliśmy się ponownie w niesamowicie krótkiej i wąskiej uliczce z barami, w których zmieści się co najwyżej kilka osób.

Od początku chcieliśmy zjeść tutaj grillowane salamandry popijając wódkę na bazie jadu kobry, ale dzisiaj lokal był już pełen (było w nim blisko 7 osób!), dlatego usiedliśmy po przeciwnej stronie i zamówiliśmy kilka przysmaków. Spróbowaliśmy grillowanych szaszłyków z jelit, krowich ozorów, nerek, a do tego ryby oraz przepyszne ostrygi. Dodatkowo dostaliśmy do spróbowania pieczoną skórę kurczaka, co było ciekawym, nowym doświadczeniem. Poznaliśmy nowe smaki, które niestety nie do końca przypadły Kasi do gustu. Po raz kolejny zostaliśmy mile zaskoczeni uprzejmością japończyków. Na do widzenia dostaliśmy od szefa całe opakowanie przekąsków. Ta ulica jest ciekawostką, ale widać że jest lubiana przez localsów. W niektórych lokalach daje się odczuć, że wolą by ich klientami nie byli turyści. Mimo wszystko chcemy wrócić tu jeszcze raz z kimś z Tokio. Na zakończenie kolejnego dnia Kasia znalazła lumpeks w którym znalazła przepiękne sukienki w cenie 6 złotych za sztukę. Kto mówił, że Tokyo to jedno z najdroższych miast świata?!

Submit a comment