Rollercoastery z horroru

16 czerwca. Dzień, w którym polska ekipa zwiedzająco-imprezująca w wyniku skumulowania silnej woli wstała o 7:30. Ten fakt będzie jeszcze nie raz przez nią świętowany… Ale do sedna. Powodem naszych nadludzkich starań o wczesną pobudkę była nasza pierwsza podróż poza granice metropolii Tokyo. Zdecydowaliśmy się spędzić dzień w Fuji Q – ogromnym parku rozrywki, umiejscowionym na wprost ogromnej i majestatycznej góry Fuji, która tego dnia w większości zasłonięta była przez chmury. Po jednej przesiadce w metrze dojechaliśmy do Shinjuku Highway Bus Terminal, miejsca skąd odjeżdżają autokary w różne strony Japonii. Jak zawsze dzięki mega życzliwości japończyków dotarliśmy na odpowiedni przystanek by już po chwili siedzieć w klimatyzowanym busie wraz z kilkunastoma autochtonami, grupką niemców i jednym hanysem.

Po drodze mijaliśmy przepiękne widoki, po raz pierwszy większość terenu pokryta była zielenią, miejscami aż po horyzont rozciągały się pola ryżowe. Po około półtorej godziny drogi przed nami wyłoniła się Fuji. Czy ktoś lubi góry, czy nie, warto ją zobaczyć, choćby z daleka.

Wysiedliśmy z autokaru, nie do końca wiedząc co nas czeka. Widzieliśmy zdjęcia rollercoasterów na stronie internetowej parku, nie oddawały jednak one skali. Te kolejki są przeogromne, szybkie, straszne. Tuż po wejściu przywitała nas Fujiyama, rollecoaster określany królem wszystkich kolejek. Już same liczby robią wrażenie: trasa ma ponad 2 kilometry, najwyższy punkt umiejscowiony jest na 79 metrze, a prędkość maksymalna to 130 km/h. Dla osoby z lękiem wysokości nie jest to bułka z masłem. I powiem Wam, że dobrze, iż ta atrakcja idzie na pierwszy rzut, bo im dalej w park, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zdecydowalibyśmy się przejażdżkę. Na ten przejazd nie da się przygotować… Po pierwsze po pierwszym spadku chcesz wysiąść, a coś niesamowicie zatyka Cię od środka, że nie możesz oddychać, a to dopiero początek. 2 kilometry później szybko leciałem do toalety by sprawdzić czy hydraulika we mnie nie siadła… Kasi prędkość też dała się we znaki, pęd powietrza romantycznie rozpiął jej wszystkie guziki w bluzce :D. Natomiast Mateusz dostał skrętu jelit. Przypływ adrenaliny jest tak wielki, że po kilku tego typu atrakcjach, nagle masz ochotę zasnąć, gdy tylko spadnie.

Po królu kolejek nadeszły kolejne atrakcje, większość z nich możecie obejrzeć na stronie parku. Wartym wspomnienia jest zamek strachu, który w tym parku przyjął postać opuszczonego szpitala pełnego zombie. Baliśmy się jak dzieci, zazwyczaj sopranem nie śpiewam, ale parę dźwięków udało mi się wydobyć. Połączenie świetnej scenografii, gry aktorów, oświetlenia czy dźwięków jest mistrzostwem.

Koło godziny 17:00 park powoli zamyka kolejne miejsca. 5 minut po załadowaniu się do powrotnego busa zasnęliśmy. Ten dzień minął niesamowicie szybko. Podobnie z resztą jak pozostałe…

Submit a comment